* THOUGHTS * PHILOSOPHY *WRITING *PERSONAL DEVELOPMENT *PLACES *LIFE *PHOTOGRAPHY *BEAUTY *MUSIC

Friday, 17 July 2015

Coś, czego nikt nigdy Ci nie odbierze


http://mandywallace.com/writers-live-forever/

(....) Pisanie to harówka, a zarazem coś, czego nikt nie może Ci odebrać.
Tutaj nie liczą się twoje korzenie. Nie liczy się to, czy opływasz w pieniądze i trwonisz je niczym Scrooge McDuck, lub czy pracujesz na nie w pocie czoła niczym disneyowski Mickey. Pisanie Cię nie ocenia.
Nie liczy się to, czy kochasz kogoś kogo nie powinnaś, ani to, czy darzysz uczuciem jedną i tą samą osobę przez 50 lat. To, kim jesteś. To jak kochałaś. W pisarstwie chodzi o coś zupełnie innego.
To do reszty świata należy przydanie znaczenia twoim słowom. Ty po prostu musisz je po sobie pozostawić po to by któregoś dnia ktoś mógł je właściwie odczytać i zrozumieć.
Kiedy piszesz, możesz być kimkolwiek. Możesz powiedzieć wszystko. Zrealizować swoje najbardziej szalone fantazje. Otrzymać wszystko czego kiedykolwiek pragnęłaś.
Możesz wpływać na ludzi.
Mówić o tym, co naprawdę miało miejsce.
Możesz zawojować świat. Albo wybudować letni domek gdzieś daleko, w tropikach. Ale to nie jest ważne.
Liczy się to, że pisanie należy do Ciebie. Tylko do Ciebie.
Twoja pasja. Twój powód do dumy. Twoje ukryte urazy. Wszystkie światy i wszyscy ludzie, których powołujesz do życia kiedy nikt nie patrzy.
Pisz kierowana gniewem. Pisz kierowana pragnieniem. Pisz, by być wolna lub by dowiedzieć się, co być mogło, a nie było.

Nikt nigdy nie może odebrać Ci twego pisania. Nie liczy się to, ile przybędzie Ci lat, i ilu ludzi odejdzie na zawsze z twojego życia. To, że coś czego się bałaś okazało się prawdą. To, że coś Cię niszczy od środka. Żyjesz. Ludzie których znałaś będą żyć w twoim pisarstwie.

Wykorzystaj więc swoją władzę. Wykorzystaj swój dar. Nawet jeśli twoje słowa nie są idealne.

Pisz.
Amen.

Thursday, 9 July 2015

(a) Helping Hand



Jack King to pseudonim  polskiego pisarza mieszkającego na stałe w Kanadzie, autora thrillerów szpiegowskich. Jak sam o sobie pisze:
 "Dwukrotnie dźgany nożem w brzuch, posiadam zielony pas w Kyok-sul (północno-koreański styl walki); przewoziłem tajne przesyłki rządowe między najwyższymi urzędnikami państwa - Premierem, Ministrami, Ambasadorami. Poruszanie się korytarzami władzy, pazerności i korupcji stało się inspiracją moich powieści.Piszę w dwóch językach - angielskim i polskim, czytam w pięciu.".
Proszę zwrócić uwagę, że Jack używa dużych liter dla nazw stanowisk - ewidentnie naleciałość z j.angielskiego...
Jego blog jest wart polecenia. Jack pisze nie tylko o tematyce szpiegowskiej, zahacza też o psychologię, np. jego wpis z marca zeszłego roku: 
" Zagłębienie się w lekturze, pozwalające uciec od wszelakich dystrakcji, wyczula na niuanse językowe, i powoduje, że wchodzimy w stan, który psycholodzy porównują do hipnotycznego transu. Psycholodzy stwierdzili, że gdy pochłania nas pasjonująca lektura, tempo czytania zwalnia, lecz wzrasta rozumienie słownictwa i ukrytych znaczeń, co razem wzięte wzbogaca doświadczenie, i pozwala na głębszą, intymną relację z autorem, przypominającą żarliwą rozmowę kochanków…"

A oto co Jack King napisał do mnie:
„Z opisu powieść przywodzi na myśl coś pomiędzy The Assassination Bureau Ltd., Jacka Londona, i przygody Hansa Klossa. Piszę to z admiracją, gdyż pozwala przypuszczać, że będzie równie rozrywkowa, jak sensacyjna, i przywodząca do refleksji.
Z Twojego opisu, Malwino, wnoszę, że osiągnęłaś pierwsze dwa etapy. Sądzę, że trzeci, a więc etyczne znaczenie wynalazku, wypełni powieść nie tylko strukturalnie, ale pozwoli Tobie przełamać the "writers' block".
Jeśli dobrze rozumiem znalazłaś się w punkcie, w którym Jack London porzucił pracę nad powyższą powieścią (później dokończoną przez innego pisarza), więc jesteś w dobrym towarzystwie. Ja w podobnym wypadku nie przymuszam się do pisania na siłę, lecz cofam się wstecz, redagując tekst, co z czasem prowadzi do olśnienia. Jeszcze nie zawiodłem się na tej technice.
Pozdrawiam, życzę powodzenia, i mam nadzieję, że poinformujesz mnie gdy powieść będzie gotowa bardzo chętnie przeczytam."
JK




Wednesday, 24 June 2015

BlackJack


Podany tekst jest mojego autorstwa. Nie zezwalam na jego kopiowanie, powielanie, rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie w celach komercyjnych bez mojej zgody. 




      Powietrze w podziemnym kasynie jest czarne od dymu. Siedzę nonszalancko rozpostarty przy stoliku, po prawej stronie krupiera, ćmiąc czwartego już Camela. Wdycham mdłą woń strachu, tandetnych perfum, i ludzkiego potu.  Przytłumione światła lamp chyboczą się niebezpiecznie, niby azjatyckie lampiony, bezlitośnie chłostane przez wiatr. Przestrzeń wokół mnie zdaje się wirować wokół własnej osi. Znienacka podnoszę wzrok znad trzymanych w dłoni kart i widzę wpatrzone w siebie rozżarzone oczy innych graczy. Zdają się cieniami, złowieszczymi i milczącymi duchami, czekając na jeden mój błędny ruch. Długie paznokcie kobiet leniwie stukają o blat stolika, na kształt szponów, gotowych rozedrzeć mnie na strzępy. W tle gra smętna, bluesowa melodia. Skądś ją znam, ale nie mogę przypomnieć sobie tytułu. Chwiejnym ruchem wyciągam rękę i gaszę papierosa. Myśli suną w mej głowie leniwie niby ciemne chmury, oczy zachodzą mi mgłą, zdaje mi się, że trwam w letargu, gardło mam wyschnięte na wiór. Muskam palcami moją szklankę z tequilą, została jej tylko resztka, jej ostry zapach igra ze mną, mam na nią ochotę, ale nie, jeszcze nie teraz. Szklanka się zamazuje, a ja kieruję wzrok na krupiera, który gwiżdże z podziwem. Patrzę i doznaję wstrząsu. Jego przerzedzone włosy są białe jak mleko, twarz trupioblada, długi i zakrzywiony nos przypomina mi sępi dziób, jaki kiedyś, dawno, dawno temu widziałem będąc z matką pierwszy i ostatni raz w zoo, kiedy to rozdarłem sobie nowe spodnie i dostałem za to solidne lanie od ojca.
Stand* słyszę własny, przytłumiony głos.
Nagle wpatrujące się we mnie złowrogie oczy innych graczy znikają. Zostaję przy stole sam na sam z dziwnym krupierem. Dostrzegam, jak odkrywa bezgłośnie swoje karty. As pik i dziesiątka. 21. Cholerne 21.
Mężczyzna uśmiecha się podziurawionym uśmiechem, który gaśnie, gdy napotyka mój pobłażliwy wzrok.
Sprawdzam skrzeczy. Jego głos przypomina papier ścierny.
Odchylam się na krześle, biorąc ostatni łyk mojej bursztynowej ambrozji. Smakuje jak popiół.
Moje dwie karty, leniwie podrzucone w górę, krążą chwilę w galaretowatym powietrzu, niby zbłąkana ćma. Gdy opadły na stół, czuję, że się krztuszę resztką zacnego trunku.
Obok asa karo leży as pik… a raczej szkielet pik. Straszydło wypełnia środek karty, uśmiechając się paskudnie. Ma czarny melonik i ćmi potężne cygaro. Patrzy prosto na mnie.
Z głuchym łoskotem zwalam się w tył razem z moim wyłożonym adamaszkiem krzesłem.
 Perskie oko. Pan J. wygrywa… objęcia śmierci.
Opadam gdzieś w czarną otchłań, goniony przez bulgoczący rechot upiornego krupiera…
Skarbie, co ci jest?
Powoli przytomnieję. Siedzę w półmroku na wyłożonym jedwabiem szerokim łożu, spływając potem. Śmiejąca się śmierć nadal błyskała mi przed oczyma.
Wszystko w porządku?
To sztandarowe zdanie z amerykańskich oper mydlanych wywołuje u mnie ironiczny grymas. Ślicznotka z Marrakeszu jest moim jedynym miejscowym kontaktem, a zarazem najbliższym. Ale nie mogę i nie chcę jej niczego wyjaśniać.
Mrucząc pod nosem jakąś wymówkę, zgrabnie zsuwam się z łóżka, wychodzę na marmurowy balkon i ciężko opieram się o lodowatą fasadę. Granatowe fale Dunaju tym razem nie są w stanie mnie poruszyć swym pięknem.
Nie wierzę w sny, nie jestem przesądny i nie gram w oczko, w ruletkę, ani nawet w warcaby. I niech tak zostanie.
A jeśli podwinie mi się noga... cóż. Zawsze mogę osiąść gdzieś na końcu świata i zostać zaklinaczem węży. Może nie byłoby to takie złe. Wreszcie wieść spokojne życie.
Człowiek czasami bywa skończonym idiotą.    

M.D.

* nie dobierać kart


Polecany post

Coś, czego nikt nigdy Ci nie odbierze

http://mandywallace.com/writers-live-forever/ (....) Pisanie to harówka, a zarazem coś, czego nikt nie może Ci odebrać . ...