Dzisiaj jestem tu, jutro będę tam, a byłam jeszcze gdzieś indziej. Gdzie na przykład? Zapraszam poniżej.
1. Amsterdam
Miasto bardzo dorosłych, nad którym unoszą się opary marihuany, niczym smog (k) nad Krakowem. Królestwo rowerzystów, mała Wenecja (i nie śmierdzi!), ciekawa architektura i kuchnia.
2. Liege, Belgia
Jest coś ciekawego, ulotnego w tym mieście nie wyróżniającym się na pozór niczym szczególnym. Spokojny dostatek? Niczym w Londynie, bez parasola ani rusz.
3. Mediolan
To piękne, architektonicznie doskonałe miasto ma w sobie dla mnie pewną obcość. Jak coś co będąc zbyt doskonałym wywołuje w nas pewien dyskomfort. Do podziwiania, ale raczej nie wrócę.
4. Fryburg, Niemcy
Miasto, które niczym Kraków ma w sobie studenckiego ducha. Żakowie, rozleniwieni i rozwaleni na chodnikach, popijają niemieckie piwo. Miasto przecinają urocze kanały, choć nie na taką skalę jak w Amsterdamie.Piękne, zabytkowe budownictwo cieszy oko, a dość rozsądne (w porównaniu do Szwajcarii) ceny kieszeń.
5. Bazylea, Szwajcaria
Bazylea jako miasto samo w sobie nie wyróżnia się niczym szczególnym. Ot, czyściutko jak to w Szwajcarii, markowe sklepy, przestrzeń i ład. Najbardziej zapamiętałam z wizytę w słynnym Muzuem Sztuki, gdzie oprócz dzieł Van Gogha czy kultowych rzeźb Giacomettiego miałam okazję zachwycić oczy słynnymi płótnami mojego ukochanego Moneta w naturalnej wielkości ("Lilie Wodne" zajmujące pół ściany!)
* THOUGHTS * PHILOSOPHY *WRITING *PERSONAL DEVELOPMENT *PLACES *LIFE *PHOTOGRAPHY *BEAUTY *MUSIC
Showing posts with label podróż. Show all posts
Showing posts with label podróż. Show all posts
Sunday, 27 November 2016
Wednesday, 24 June 2015
BlackJack
Podany tekst jest mojego autorstwa. Nie zezwalam na jego
kopiowanie, powielanie, rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie w celach komercyjnych bez
mojej zgody.
Powietrze
w podziemnym kasynie jest czarne od dymu. Siedzę nonszalancko rozpostarty
przy stoliku, po prawej stronie krupiera, ćmiąc czwartego już Camela. Wdycham
mdłą woń strachu, tandetnych perfum, i ludzkiego potu. Przytłumione
światła lamp chyboczą się niebezpiecznie, niby azjatyckie lampiony,
bezlitośnie chłostane przez wiatr. Przestrzeń
wokół mnie zdaje się wirować wokół własnej osi. Znienacka podnoszę wzrok
znad trzymanych w dłoni kart i widzę wpatrzone w siebie rozżarzone oczy
innych graczy. Zdają się cieniami, złowieszczymi i milczącymi duchami, czekając na jeden mój błędny ruch. Długie paznokcie kobiet leniwie stukają o
blat stolika, na kształt szponów, gotowych rozedrzeć mnie na strzępy. W tle
gra smętna, bluesowa melodia. Skądś ją znam, ale nie mogę przypomnieć
sobie tytułu. Chwiejnym ruchem wyciągam rękę i gaszę papierosa. Myśli
suną w mej głowie leniwie niby ciemne chmury, oczy zachodzą mi mgłą,
zdaje mi się, że trwam w letargu, gardło mam wyschnięte na wiór. Muskam
palcami moją szklankę z tequilą, została jej tylko resztka, jej ostry zapach
igra ze mną, mam na nią ochotę, ale nie, jeszcze nie teraz. Szklanka się
zamazuje, a ja kieruję wzrok na krupiera, który gwiżdże z podziwem. Patrzę i doznaję wstrząsu. Jego przerzedzone włosy są białe jak mleko,
twarz trupioblada, długi i zakrzywiony nos przypomina mi sępi dziób, jaki
kiedyś, dawno, dawno temu widziałem będąc z matką pierwszy i ostatni raz w zoo,
kiedy to rozdarłem sobie nowe spodnie i dostałem za to solidne lanie od ojca.
— Stand* — słyszę
własny, przytłumiony głos.
Nagle wpatrujące się we mnie złowrogie oczy innych
graczy znikają. Zostaję przy stole sam na sam z dziwnym krupierem. Dostrzegam, jak
odkrywa bezgłośnie swoje karty. As pik i dziesiątka. 21. Cholerne 21.
Mężczyzna uśmiecha się podziurawionym uśmiechem,
który gaśnie, gdy napotyka mój pobłażliwy wzrok.
— Sprawdzam — skrzeczy. Jego głos przypomina papier ścierny.
Odchylam się na krześle, biorąc ostatni łyk mojej
bursztynowej ambrozji. Smakuje jak popiół.
Moje dwie karty, leniwie podrzucone w górę, krążą
chwilę w galaretowatym powietrzu, niby zbłąkana ćma. Gdy opadły na stół, czuję, że się krztuszę resztką zacnego trunku.
Obok asa karo leży as pik… a raczej szkielet pik.
Straszydło wypełnia środek karty, uśmiechając się paskudnie. Ma czarny
melonik i ćmi potężne cygaro. Patrzy prosto na mnie.
Z głuchym łoskotem zwalam się w tył razem z moim
wyłożonym adamaszkiem krzesłem.
— Perskie
oko. Pan J. wygrywa… objęcia śmierci.
Opadam gdzieś w czarną otchłań, goniony przez
bulgoczący rechot upiornego krupiera…
— Skarbie, co ci
jest?
Powoli przytomnieję. Siedzę w półmroku na
wyłożonym jedwabiem szerokim łożu, spływając potem. Śmiejąca się śmierć nadal
błyskała mi przed oczyma.
— Wszystko w
porządku?
To sztandarowe zdanie z amerykańskich oper
mydlanych wywołuje u mnie ironiczny grymas. Ślicznotka z Marrakeszu jest moim
jedynym miejscowym kontaktem, a zarazem najbliższym. Ale nie mogę i nie
chcę jej niczego wyjaśniać.
Mrucząc pod nosem jakąś wymówkę, zgrabnie zsuwam
się z łóżka, wychodzę na marmurowy balkon i ciężko opieram się o lodowatą
fasadę. Granatowe fale Dunaju tym razem nie są w stanie mnie poruszyć swym
pięknem.
Nie wierzę w sny, nie jestem przesądny i nie gram w
oczko, w ruletkę, ani nawet w warcaby. I niech tak zostanie.
A jeśli podwinie mi się noga... cóż. Zawsze mogę
osiąść gdzieś na końcu świata i zostać zaklinaczem węży. Może nie byłoby to
takie złe. Wreszcie wieść spokojne życie.
Człowiek czasami bywa skończonym idiotą.
M.D.
* nie dobierać kart
Sunday, 21 June 2015
Trzy kolory: Czarny, zielony, czerwony.
Snatch (2000)
Wspaniała galeria niewydarzonych typów spod ciemnej gwiazdy, wielki diament i naprawdę głodny,szalony pies.
Guy Ritchie snuje swoją prześmiewczą balladę bez kompleksów, pod tarantinowską egidą.
Into the Wild (2007)
Biograficzny film
Seana Penna opowiada historię zderzenia współczesnego, młodego człowieka,
któremu w życiu niczego nie brakowało, z dzikim i bezlitosnym światem przyrody.
Człowieka, który po skończeniu studiów sprzedał wszystko co miał, który nie
widział dla siebie miejsca w „cywilizowanym” świecie i wyruszył samotnie na
Alaskę aby żyć w dzikiej głuszy.
Po tym obrazie NIE DA SIĘ dłużej patrzeć na swe życie z obojętnym spokojem
Po tym obrazie NIE DA SIĘ dłużej patrzeć na swe życie z obojętnym spokojem
Polecam cicho oddać się słuchaniu soundtracku.Polskie tłumaczenie tytułu, tj. "Wszystko za życie", jest dla mnie przekombinowane. Już raczej powinno to być: "W dzikie ostępy".
Amores Perros (2000)
Kontrowersyjny film Alejandro González
Iñárritu, z uwielbianym przeze mnie Gaelem Garcia Bernalem. W jego przypadku
rozmiar (168cm) nie ma znaczenia.
Słowo perro oznacza coś bardzo
złowieszczego, fatalnego.
Hace
un día de perros. Very bad weather.
Amores
perros. Very bad love affairs. Intensywność. Słowem - życie.
Subscribe to:
Posts (Atom)
Polecany post
Coś, czego nikt nigdy Ci nie odbierze
http://mandywallace.com/writers-live-forever/ (....) Pisanie to harówka, a zarazem coś, czego nikt nie może Ci odebrać . ...
-
As human beings, we are all born creative. We come to this world with clear mind, full of ideas. As children we are fearless. We express o...
-
La Dolce Vita Felliniego to portret psychologiczny dekadenckich, snobistycznych mieszkańców Rzymu. Czarno-biała podróż, przez którą prowadz...





