* THOUGHTS * PHILOSOPHY *WRITING *PERSONAL DEVELOPMENT *PLACES *LIFE *PHOTOGRAPHY *BEAUTY *MUSIC

Wednesday, 17 June 2015

Kąpiel duszy

Dla jednych żyję za krótko, dla drugich za długo. Dla jednych wiem za mało, dla drugich za dużo. Dla jednych jestem zbyt poukładana, dla drugich zbyt impulsywna. Dla jednych zbyt naiwna, dla drugich zbyt cyniczna. Mam ochotę zanucić niczym Kasia Nosowska: „(…) spróbuj się domyślić, gdzie to mam, no gdzie..”.
Pomyślałam, że skoro trochę się już naczytałam (ale to proces ciągły, trwa całe życie, czyli dłużej niż owłosienie niektórych panów) to podam wszystkim wędrowcom odwiedzającym moją stronę swoją listę książek, z którymi zdążyłam się zaprzyjaźnić. A nuż ktoś się zainspiruje. Będę uzupełniać to zestawienie w miarę coraz mocniejszego wchodzenia w królestwo książek, tych, które kocham najbardziej, zakurzonych, pożółkłych, dawno obdartych przez czas z zapachu farby drukarskiej.
Oto moja pierwsza dziesiątka.

1. „Życie miłosne” Zeruya Shalev.

Już prawie zrezygnowałam, padając z powrotem na łóżko, kiedy
odebrał, co najmniej po dziesięciu sygnałach, jego „halo” było dziwne,
egzaltowane, widocznie w stylu paryskim, mówił stłumionym głosem, więc
spytałam, obudziłam cię? Nie, odpowiedział, dysząc, jakbym mu
przeszkodziła zupełnie w czym innym, ale ugryzłam się w język i
powiedziałam, mówi Ja'ara, a on odpowiedział, wiem, i zamilkł. Chciałam ci
tylko powiedzieć, że przekazałam tacie to, o co prosiłeś, wyjąkałam, on
powiedział, świetnie, dziękuję, i znowu zamilkł, nie wiedziałam, co by tu
jeszcze powiedzieć, nie mogłam dopuścić do tego, żeby odłożył słuchawkę,
więc powiedziałam po prostu, nie odkładaj, on zapytał, dlaczego, a ja
powiedziałam, nie wiem, spytał, czego chcesz, więc powiedziałam, zobaczyć
się z tobą, on drążył, ale dlaczego, i znów powiedziałam, nie wiem, on się
roześmiał, zbyt wielu rzeczy nie wiesz, ja mu zawtórowałam z ulgą, ale on
uciął mój śmiech, oficjalnym tonem oświadczył, jestem teraz zajęty,
powiedziałam, to jak będziesz wolny, a on milczał chwilę, jakby się
zastanawiał, no dobrze, bądź tutaj za pół godziny, i krótko podał mi nazwę
ulicy i numer domu, jakby zamawiał taksówkę.

2.„Nieznośna lekkość bytu” Milan Kundera.

Wśród mężczyzn uganiających się za wieloma kobietami możemy bez trudu dostrzec dwie kategorie. Jedni szukają we wszystkich kobietach swego subiektywnego i zawsze takiego samego snu o kobiecie. Innych gna pragnienie, by posiąść nieskończoną różnorodność obiektywnego świata kobiet.
Namiętność tych pierwszych jest l i r y c z n a: szukają w kobiecie samych siebie, swego ideału, i wciąż się rozczarowują, ponieważ ideał to, jak wiadomo, coś takiego, czego nigdy się nie da znaleźć. Rozczarowanie, które ich gna od jednej kobiety do drugiej, daje ich niestałości rodzaj romantycznego usprawiedliwienia, tak że wiele sentymentalnych dam jest skłonnych wzruszyć się ich wytrwałą poligamicznością.
Namiętność tych drugich jest e p i c k a, i kobiety nie widzą w niej niczego wzruszającego: mężczyzna nie szuka w kobietach żadnego subiektywnego ideału, dlatego wszystko go w nich interesuje i nic go nie może rozczarować. I właśnie ta niemożność rozczarowania ma w sobie coś gorszącego. Namiętność epickiego dziwkarza wydaje się ludziom niczym nie okupiona (nie okupiona rozczarowaniem).

3. „Angielski pacjent” Michael Ondaatje.
Jej hamak i jej buty, i jej sukienka. Czuła się bezpiecznie w tym maleńkim świecie,
który sobie zbudowała; obaj mężczyźni wydawali się odległymi planetami, każda z nich
otoczona była własną sferą pamięci i samotności. Caravaggio był w Kanadzie jednym z
bardziej towarzyskich kompanów jej ojca, uwodzicielem siejącym spustoszenie wśród kobiet,
którym wydawał się oferować całego siebie. A teraz wyleguje się w ciemnościach. Był kiedyś
złodziejem, odmawiającym współpracy z innymi, ponieważ nikomu nie wierzył. Stykał się
wprawdzie z mężczyznami, ale rozmawiać wolał z kobietami, a gdy zaczynał z nimi
rozmowy, rychło wikłał się w sieć stosunków miłosnych. Kiedy wczesnym rankiem wkradała
się do domu, znajdowała go nieraz śpiącego w fotelu ojca, wymęczonego rabunkami
profesjonalnymi lub uczuciowymi.
Rozmyślała o Caravaggiu - są tacy ludzie, którym musisz aż wbić się pod skórę, jeśli
chcesz w ten czy inny sposób przywiązać ich do siebie i pozostać przy nich zdrowa na
umyśle.
Musisz ich kurczowo chwycić za włosy, jak tonącego, i starać się, aby cię nie
pociągnęli za sobą. W przeciwnym razie, kiedy ich spotkasz na ulicy, będą już niemal
podnosili rękę, aby ci pomachać na powitanie, ale odwrócą się nagle, przeskoczą murek i
znikną na długie miesiące. Caravaggio był takim znikającym wujkiem.
Mógłby cię unieszczęśliwić przez samo tylko wzięcie cię w objęcia. Narzuciłby ci
swój charakter. A teraz wyleguje się w ciemnościach, podobnie jak ona, w przeciwległym
końcu wielkiego domu. Taki był Caravaggio. Taki jest też Anglik znaleziony na pustyni.

4.”Otello” William Shakespeare 

RODRYGO
Głupstwo żyć, kiedy życie jest męczarnią, a odjęcie go sobie jest receptą,
kiedy śmierć ma być lekarstwem.
JAGO
O nikczemności! Patrzę na ten świat od siedmiu lat cztery razy wziętych i
odkąd mogę odróżnić dobrodziejstwo od krzywdy, nie spotkałem jeszcze
człowieka, który by umiał być przyjacielem samego siebie. Co do mnie,
wolałbym się na człowieczeństwo pomie niać z pawianem, nimbym
powiedział, że się chcę utopić z miłości ku pętarce.
RODRYGO
Cóż mam tedy czynić? Wyznaję, że mi wstyd być tak zakochanym, ale nie
w mej mocy temu zaradzić.
JAGO
Nie w twej mocy! Psu na budę! Od nas samych zależy być takimi lub
owymi. Nasze jestestwo jest ogrodem, a nasza wola ogrodnikiem: jeżeli
chcemy w tym ogrodzie siać pokrzywy lub sałatę sadzić; rozpleniać
hyzop, a wyrywać macierzankę; hodować jedno ziele albo pielęgnować
różnego rodzaju rośliny; zapuszczać go niedbale lub skrzętnie uprawiać:
możność ku temu i środki odpowiednie leżą w woli naszej. Gdyby waga
władz naszych nie miała z jednej strony szali rozumu dla zrównoważenia
szali zmysłowości z drugiej strony, wtedy krew i ułomność naszej natury
doprowadziłaby nas do najhaniebniejszych ostateczności: ale mamy
rozum na poskromienie w nas dzikich popędów, cielesnych bodźców i
rozkiełzanych chuci; z czego wyprowadzam wniosek, że to, co ty
nazywasz miłością, jest po prostu szczepem, ablegrem.

5. „Przeminęło z wiatrem” Margaret Mitchell.

Było oczywiste, że jesteśmy dla siebie przeznaczeni. Tak oczywiste, że to właśnie ja byłem jedynym z kręgu twoich znajomych, który mógł cię kochać, chociaż wiedziałem, jaka jesteś naprawdę – chciwa, bezwzględna, pozbawiona skrupułów, jak ja. Kochałem cię, więc zaryzykowałem. Przypuszczałem, że obraz Ashleya zblednie w twym sercu. Ale – wzruszył ramionami – próbowałem wszystkiego i nic się nie udawało. A tak bardzo cię kochałem, Scarlett. Gdybyś mi na to pozwoliła, kochałbym cię bardziej delikatnie i czule, niż kiedykolwiek mężczyzna kochał kobietę. Nie mogłem jednak dać ci tego poznać, bo wiedziałem, że wyda ci się, że jestem słaby, i wyzyskasz wtedy moją miłość przeciw mnie.

6. „Martin Eden” Jack London.

Martin Eden skinął głową.
Rzucił oto spojrzenie na nieograniczoną krainę wiedzy, a „to, co
dostrzegł, stawało się namacalne. Jego nieprzeciętna zdolność do wizji nadawała rzeczom
oderwanym kształty konkretne. W alchemicznym tyglu jego mózgu trygonometria,
matematyka i całe pole nauki kryjące się za tymi słowami przetwarzało się w uchwytne dla
wzroku krajobrazy. Ujrzał krainę zielonego listowia i polan leśnych, łagodnie promienną lub
poprzecinaną błyskami świateł. Szczegóły na dalszym planie przesłonięte były mętną
purpurową mgłą, a poza tą purpurową mgłą — wiedział o tym na pewno — mieścił się
baśniowy cud nieznanego, wabiący swą romantycznością. Myśl o tym upajała go jak wino.
Była tam przygoda, trud dla głowy i rąk, cały świat do zdobycia. I oto z głębi świadomości
wypłynęła myśl: zbliżając się krok za krokiem, musi dotrzeć aż do niej
i zdobyć tę bladą jak lilia, widmową istotę, co siedzi tu przy nim.

7. „Pornografia” Witold Gombrowicz.

Wie pan, ja właściwie nie wierzę w Boga. Moja matka była wierząca, ja nie. Ale ja chcę żeby Bóg istniał. Chcę – to ważniejsze, niż gdybym tylko był o jego istnieniu przekonany.

8. „Morderstwo w Orient Expressie” Agatha Christie.

Wszystko to skłania się do romansu, mój przyjacielu. Wokół nas
zasiedli ludzie o najróżniejszej pozycji społecznej, najróżniejszych
narodowości, w najróżniejszym wieku. Całe trzy dni ci ludzie, obcy sobie
nawzajem, spędzą razem. Będą spać i jeść pod wspólnym dachem, nie będą mogli
siebie uniknąć. A po upływie owych trzech dni rozejdą się, każdy ruszy własną
drogą i może już nigdy więcej się nie spotkają.
— Ale — wtrącił Poirot — załóżmy, że jakiś wypadek…
— Och, nie, przyjacielu…
— Zgadzam się, że z twojego punktu widzenia byłoby to pożałowania godne
wydarzenie. Lecz mimo wszystko, tylko na chwilę, dopuśćmy taką możliwość. Wtedy,
załóżmy, wszystkie te osoby związałaby… śmierć.
— Może jeszcze odrobinę wina — powiedział monsieur Bouc, po czym pospiesznie
je nalał: — Jesteś w grobowym nastroju, przyjacielu. Może to skutek
niestrawności.
— To prawda — zgodził się Poirot — że syryjskie jedzenie niespecjalnie
przysłużyło się mojemu żołądkowi.

9. „Gra w klasy” Julio Cortazar.

Czego szukałem na Pont des Arts? Mam wrażenie, że tego grudniowego
czwartku miałem zamiar iść na prawy brzeg, żeby napić się wina w kafejce na rue des
Lombards, gdzie madame Leonie oglądała mi wnętrze dłoni, zwiastując podróże i
niespodzianki. Nigdy cię tam nie zabrałem, aby madame Leonie obejrzała twoją rękę,
może bałem się, że odczyta w niej jakąś prawdę o mnie, bo zawsze byłaś straszliwym
zwierciadłem, monstrualnym, wszystko przekazującym przyrządem. I to, co
nazywaliśmy kochaniem się, znaczyło może, że stałem przed tobą z żółtym kwiatem
w ręce, ty zaś przytrzymywałaś dwie zielone świece, a wiatr wiał nam w twarze
deszcz wyrzeczeń, pożegnań i biletów metra. Wobec czego nigdy cię nie zabrałem,
ażeby madame Leonie, Maga... I wiem, bo mi to powiedziałaś, że nie lubiłaś, gdy
widziałem, jak wchodzisz do małej księgarenki przy rue de Verneuil, gdzie
pochylony staruszek wypełnia tysiące fiszek do kartoteki i wie wszystko, co można
wiedzieć o historiografii. Chodziłaś tam bawić się z kotem, a stary pozwalał ci i o nic
nie pytał, zadowolony, że od czasu do czasu podasz mu jakąś książkę z wyższej półki.
A ty grzałaś się przy jego piecyku o długiej, czarnej rurze i nie chciałaś, żebym
wiedział, że chodzisz tam, aby usiąść koło pieca.

10 „Portret damy” Henry James. 
- Jestem bardzo zmęczony. Mówiłaś przed chwilą, że ból nie jest czymś najgłębszym. Ale jest głęboki. Gdybym mógł zostać...
- Dla mnie zostaniesz tutaj na zawsze - przerwała mu łagodnie. Bardzo łatwo było mu przerwać.
Podjął jednak znowu:
- W końcu ból przeminie, już mija. Ale miłość zostaje. Nie wiem, dlaczego musimy tyle cierpieć. Może się dowiem. Tyle różnych rzeczy mieści się w życiu. Jesteś bardzo młoda.
- Czuję się bardzo stara.
- Odmłodniejesz. Widzę cię znowu młodą. Nie wierzę... nie wierzę... - umilkł, bo zabrakło mu sił.
Błagała go, żeby odpoczął.
- Rozumiemy się przecież bez słów - powiedziała.
- Nie wierzę, żebyś musiała bardzo ciężko pokutować za taki wielkoduszny błąd.
- Och, Ralphie, teraz jestem szczęśliwa! - wykrzyknęła ze łzami.
- Pamiętaj, że byłaś nie tylko nienawidzona, ale także kochana. Ach, nawet uwielbiana - szepnął ledwo dosłyszalnie, z przeciągłym westchnieniem.


Faza TURN


Podany tekst jest mojego autorstwa. Nie zezwalam na jego kopiowanie, rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie w celach komercyjnych bez mojej zgody. 


Półmrok, godzina niewiadoma. Oczko śpi. Podnoszę wilgotne dłonie i przeciągam nimi po twarzy, czując dwudniowy zarost. Po długiej chwili przestaję i kładę jedną rękę pod głową, a drugą na torsie. Powinienem częściej obywać się bez ubrania. Nie chodzi nawet o bzdety o byciu częścią natury, chociaż każda warstwa odzieży jaką człowiek nosi na sobie chcąc nie chcąc go definiuje. Najczęściej błędnie. Warstwa intelektualnego mułu, politycznego gówna i telewizyjno – plotkarskiego bagna wydaje mi się nie do zszorowania. Ostatnio im krócej się rozglądam, tym widzę tego gnoju więcej. Widzę gęby paprające się w nim z uśmiechem. Wolę więc nie rozglądać się dalej niż to konieczne, bo kiedy już mnie coś ruszy… a ja taki spokojny człowiek jestem. Ot, przeciętna, ale niezawodna kosiarka wśród szarej, ludzkiej trawy, mającej ciemną gwiazdę w herbie.
Dłoń oparta nad głową sunie powoli w prawo. Wyczuwam palcami gładkość mahoniowego oparcia. Szara puszysta poducha leży niedbale pod moim prawym łokciem.
Leniwy spokój przerywają nagle wibracje mojego cholernego telefonu. Życie. Dopadną mnie zawsze i wszędzie. Zaciskam dłoń w pięść czując wściekłość nie do opanowania. Odbieram i słucham bez słowa mojego rozmówcy, z trudem panując nad sobą. A przecież spodziewałem się tego. Po krótkiej rozmowie mam ochotę rąbnąć telefonem o ziemię. Powstrzymuję się w ostatniej chwili. Wstaję jednym płynnym ruchem i podchodzę do mahoniowej toalety na którą, niczym kropka nad i, wisi ozdobnie obramowane prostokątne zwierciadło. Zaciskam dłonie w pięści, kładę je na blacie i wsparty na nich, patrzę.  A moje odbicie jak gdyby nigdy nic odwzajemnia to spojrzenie, z miną ni to rozmarzoną, ni to ironiczną. I na dodatek jeszcze mówi do mnie kpiąco:
Nieźle, całkiem nieźle. W co ty się wpakowałeś stary? Uszczypnij się to może się obudzisz, ale po tamtej stronie, z kulą w sercu!
Zirytowany przeciągam ręką po zaroście na twarzy i odskakuję od lustra jak oparzony. Pośpiesznie wkładam spodnie, rezygnując w ostatniej chwili z podkoszulka. Postanawiam szybko i w miarę bezboleśnie się pożegnać, zanim do reszty się pogrążę w tym wszystkim. Mam wrażenie, że moje lustrzane odbicie wpatruje się w moje plecy i mruczy:
Głupiec! Za późno!
Wypadam na ulicę ze spodniami obciążonymi kilkoma pożytecznymi narzędziami. Wracam zlany potem. Nadal śpi. Patrzę na nią. To jedna jedyna chwila, kiedy jest taka bezbronna. Jej miękkie wargi są lekko rozchylone. Na twarzy błąka się uśmiech, pół dziecka, pół kotki. Wykończony, przeciągam dłońmi po oczach. Nie ma sensu odwlekać tego co nieuniknione. Lekko drżą mi dłonie. Cieszę się, że ona mnie teraz nie widzi. Nigdy nie zobaczy mnie słabego. 
Łyk Jacka Danielsa jest wyjątkowo długi. Purpurowa róża opada na poduszkę bezszelestnie, a wraz z nią coś na kształt mojego serca. Oczko oddycha spokojnie przez sen. Przez moment mam straszną ochotę by położyć się przy niej i już nie wypuszczać jej z rąk. Potem nieświadomie uśmiecham się cynicznie. Za rok o tej porze nie będzie jej już w mej głowie. Zawsze tak było.
Walka wewnętrzna kończy się nagle jak ucięta nożem gdy widzę, że zaczyna się budzić. Wychodząc mam wrażenie, że słyszę jej senne wołanie ale nie odwracam głowy. Dasz radę Oczko. Jesteś silna, silniejsza niż ja. Nogi niczym uwięzione w betonie nie chcą iść naprzód, ale po chwili już biegną. W ciemność nadchodzącego dnia.
M.D.

Tuesday, 16 June 2015

Niebezpieczne narzędzie




(...) Po chwili do moich uszu dobiega cichy odgłos płynącej wody. Czuję, jak powoli ogarnia mnie znużenie ale nie mam ochoty na sen. Zegar z kukułką obwieszcza mi, że właśnie wybiła godzina dwudziesta trzecia. W kilka sekund później słyszę głośne pukanie do drzwi wejściowych: trzy pojedyncze stuki, po których następuje jeden podwójny. Chwilę zajmuje mi przyjęcie tego faktu do wiadomości ale kiedy uświadamiam sobie kto to może być, oblewa mnie zimny pot. Momentalnie zrywam się i jednym płynnym ruchem zeskakuję z łóżka. Pukanie powtarza się w bardziej natarczywej formie. Niedobrze, cholera, bardzo niedobrze. Nigdzie nie widzę mojego ubrania, co gorsza, nie pamiętam gdzie zostawiłam broń. Dobrze, że Jacek nie zdaje sobie z niczego sprawy tylko zadowolony bierze prysznic… Zdenerwowana ocieram pot z czoła, chwytam lawendowy ręcznik leżący na toaletce i otulam się nim, zawiązując go w biegu na biuście, równocześnie próbując ułożyć w głowie jakiś scenariusz na wypadek gdyby potwierdziły się moje czarne przypuszczenia. Na palcach przebiegam przez korytarz, a następnie, przygładzając dłonią lekko wilgotne włosy, biorę głęboki oddech i otwieram drzwi z cichym skrzypnięciem… po czym zdumiona zastygam z lekko otwartymi ustami. Na progu stoi, prawie niewidoczny w ciemnościach klatki schodowej (co się znów porobiło z tym oświetleniem!) mój  sąsiad z naprzeciwka, Borys. Jego poza jest jeszcze sztywniejsza niż zazwyczaj. Piwne źrenice ukryte za okularami o kwadratowych oprawkach, rozszerzają się prawie dwukrotnie na widok mojego stroju, ale po chwili, niezwykle zmieszany przenosi spojrzenie wprost na moją twarz i już go od niej nie odrywa. Ogarnia mnie ulga, że pomyliłam się co do tożsamości gościa  ale i złość. Wizyta o jedenastej w nocy!
Hmm, witaj Borys. Właśnie kładłam się spać… W ręczniku. Ale palnęłaś!
Ja…jasne. Ca… całkowicie. Moja wina. Ja…
Miarkuję uśmiech. Biedaczysko, zawsze wydaje się onieśmielony kiedy mnie widzi.  Dobry, stary Borys. Zastanawiam się czego ode mnie chce. Zaczyna mi się robić zimno, nie mówiąc o tym, że Jacek korzystając z mojej nieobecności może swobodnie buszować po moim domu. A jeśli znajdzie moją broń? Ostatecznie, jesteśmy kim jesteśmy. Śmiertelnymi wrogami, nie do końca oswojonymi drapieżnikami, którzy jeśli kochają i nienawidzą, to na zabój.
Ja właściwie… chciałem… chciałem pożyczyć cukru. Szklankę – wydusza z siebie zaczerwieniony chłopak.
Cukru? – pytam słabym głosem. Czy to nie mogło poczekać do rana?
Nie… niestety nie.
Borys nerwowo przełyka ślinę. Wydaje się zdenerwowany bardziej niż to konieczne, wprost ocieka słonawym zapachem potu. Ogarniają mnie złe przeczucia, ale znam go przecież nie od dziś. Wzdychając ciężko, zaczynam się odwracać w stronę kuchni, do której mam kilka kroków, kiedy nagle słyszę przenikliwy krzyk Borysa:
Nie rób tego! Tam jest…
Nie dowiaduję się jednak jakiej informacji chciał mi udzielić poczciwy sąsiad. Wyprowadzony znienacka shuto ganmen-uchi* obala go na ziemię w przeciągu sekundy.
Z oddali dobiega mnie rozbawione wołanie Jacka:
Oczko, co to za hałasy? Telewizję oglądasz w tej kuchni czy jak?
Tak, oglądam sobie telewizję matołku. A mojego sąsiada obaliła na ziemię Myszka Miki. Myszka Miki dwumetrowego wzrostu, zbudowany jak czołg, z miną będącą skrzyżowaniem szczękościsku i zbyt mocnego uderzenia patelnią. Myszka Miki, która teraz zbliża się do mnie stąpając ciężko jak wielki niedźwiedź, a ja nie jestem uzbrojona. Szybko analizuję moje obecne trudne położenie. Gdyby tak udało się zwabić tego draba do kuchni…
Mój szef ma sprawę. Ty idziesz teraz. – mówi drab nosowym głosem, pokazując mi równocześnie zdjęcie tego, od kogo przychodzi.
Zdjęcie rubasznego rudzielca w ciemnych okularach nic mi nie mówi. Mocny rosyjski akcent i bogata polska składnia tworzą mieszankę od której mam uczucie, jakbym napełniła brzuch chipsami wymieszanymi z lodami, doprawionymi dipem czosnkowym i podlanymi krwawą Mary.
Nie znam go. – odpowiadam twardo. Bardzo nie podoba mi się wzrok, jakim w tym momencie obrzuca mnie Myszka Miki.
Nie znasz, poznasz. On znaju** ciebie. Ty idiosz*** ze mną, ruszaj się dzjewaczka****.
 

*  jap. uderzenie w skroń zewnętrznym kantem dłoni, stosowane w karate Kyokushin
**ros. zna
***ros. idziesz
****ros. dziewczyna

Cóż, najwyraźniej drab nie rozumie słowa nie. Ogarnia mnie zimna wściekłość, spotęgowana na widok biednego, leżącego bez czucia sąsiada okularnika. Postanawiam poradzić sobie bez pomocy pana J., który zapewne goli włosy na piersiach w mojej łazience. Cofam się powoli w stronę kuchni, Myszka Miki podąża za mną, wyciągając wielką łapę o nienagannie brudnych pazurkach w moją stronę. Błyskawicznie się koncentruję, ustawiając stopy równolegle do siebie na szerokość bioder.  Pan Myszka Miki przygląda mi się z lekko otwartymi ustami, po czym rechocze cicho i robiąc ciężki krok w moją stronę otwiera usta chcąc coś powiedzieć. Nie daję mu jednak sposobności ponownego popisania się elokwencją. Z głośnym okrzykiem: „Spróbuj tego bryło mięsa!” wyrzucam prawą nogę naprzód, wykonując kopnięcie dolne zwane gedan mawashi geri. Niestety, dżentelmen znad Wołgi nie chcąc najwyraźniej abym się spociła mocno chwyta mnie za kostkę. Szarpię się ale zacisnął łapska jak kleszcze. Rozpaczliwie usiłuję odzyskać równowagę.
Puszczaj mnie chamie! Puść w tej chwili bo…
O dlaboga, cóż to się tu wyprawia? Oczko, moja miła, czy ja nie mogę spokojnie pójść do łazienki? Jak ty stoisz, wszystko ci…
No tak, bohater ostatniej akcji jak zwykle zjawia się w samą porę. Myszka Miki leniwie obraca głowę w jego stronę, równocześnie puszczając gwałtownie moją nogę. Zataczam się w tył, w ostatniej chwili podtrzymując zsuwający się ręcznik.
Odejdź, to sprawa między mną a tym panem – warczę w stronę Jacka, stojącego w nonszalanckiej pozie trzy metry od draba. Ponownie przyjmuję pozycję gotowości.
Tak, właśnie widzę. I pewnie zamierzasz dać mu niezłego łupnia? Fiuu… a któż to tam leży za drzwiami? Kolejny odtrącony zalotnik? A ten tu przyszedł go pomścić? Jakie to romantyczne.
Kto eta*? – pyta mnie drab, patrząc nabiegłymi krwią oczyma  na Jacka.
Czuję, że zgrzytam zębami. W takich chwilach zwykłam pytać się Stwórcy po co stworzył męski gatunek. Korzystając z momentu nieuwagi Myszki Miki,  chwytam wałek do ciasta leżący na


*ros. Kto to jest?

kuchennym stole i ukrywam go za plecami. Niespodziewania Jacek swobodnym ruchem sięga ręką do tyłu i wyciąga zza paska spodni mój pistolet, po czym celuje w pana Myszkę. Pan Myszka nie wydaje się jednak ani trochę przestraszony, przeciwnie, wyszczerza zęby (dwa  przednie siekacze czarne jak smoła) i mamrocze pod nosem:
Ja panimaju*Polski cowboy.
A widzisz tu krowy, dobry człowieku? – odpowiada grzecznie Jacek, odbezpieczając broń.
Myszka Miki kręci głową i rechocze głośno.
Nie, ty nie dasz strzału. Masz za głośny. Boisz się, da**, boisz się. Hehehe. Nie będzie strzału.
Mróz przechodzi mi po krzyżu.  Pojmuję, że drab ma rację. Nie założyłam dziś tłumika na pistolet, a Jacek nie miał przecież pojęcia, gdzie trzymam sprzęt. Strzały ściągnęłyby tu wszystkich okolicznych mieszkańców i policję, a choć nie zaliczam się do ludzi pokroju Myszki Miki, w mojej profesji pozostanie w cieniu jest równoznaczne z pozostaniem nie tylko w zawodzie, ale często przy życiu. Wiem doskonale, że Jacek, należący do tego samego świata zdaje sobie z tego sprawę równie dobrze jak ja. Zaciska wargi, a na jego wyrazistej twarzy odmalowuje się irytacja  i wahanie. Myszka Miki robi już krok w jego stronę ze zwycięskim uśmiechem… Przerażona widzę, jak palec Jacka zaciska się na spuście i postanawiam działać. Zachodzę bezgłośnie olbrzymiego Rosjanina od tyłu, podskakuję lekko do góry i uderzam go z całej siły wałkiem w łepetynę, po czym szybko poprawiam drugi raz dla pewności.  Drab przez chwilę zatacza się w miejscu, niczym pijany marynarz w portowej spelunie, po czym zwala się na ziemię z ogłuszającym trzaskiem, zapewne przyprawiając moich sąsiadów z dołu o makabryczne wrażenie trzęsienia ziemi. Patrząc na niego nagle czuję, że mój biedny ręcznik w końcu nie wytrzymuje niezwykłej aktywności odzianej w niego właścicielki i zsuwa się ze mnie na ziemię.

 *ros. Ja rozumiem
** ros. Tak

Mój niedoszły wybawca gwiżdże cicho pod nosem.
Gdybyś zrobiła ten myk wcześniej moja droga, być może i tak miałabyś ich obu u swoich stóp.
Uśmiecham się chłodno i odkładam wałek. Nie kwapiąc się by podnieść ręcznik przechodzę obok niego jakby nigdy nic. W tej samej chwili odwraca się i łapie mnie mocno za nadgarstek. Jego dłoń w dotyku jest bardzo ciepła, niemal gorąca.
Dokąd idziesz? – pyta mnie szeptem. Jeśli istnieje coś takiego, jak wibrator w głosie, zdarzyło mi się usłyszeć to tylko raz. Właśnie wtedy.
Muszę… zadzwonić.
Cholera, czy ja mamroczę? Otrząsam się jak psiak wyjęty z wody, po czym dodaję już pewniejszym głosem:
Chodzi o pozbycie się stąd Myszki Miki.
Cichy śmiech Jacka tylko pogarsza sprawę. Czuję się bardzo głupio. Nie odwracając się próbuję wyrwać rękę ale on trzyma mnie bez żadnego wysiłku.
Kto to jest Myszka Miki? Jednak oglądałaś kreskówkę dziecinko.
… Chodzi o tego rosyjskiego niedźwiedzia. Puść mnie bo muszę to szybko załatwić. Tylko mnie spowalniasz.
No proszę. Jednak dało się to powiedzieć. I nawet nie bolało.
Sprawdź proszę co z Borysem. Że też musiał się napatoczyć. Niepotrzebnie oberwał… - mówię, czując mocne wyrzuty sumienia.
  Przeżyje. Ja nieraz obrywałem mocniej i jak widzisz mam się świetnie… nawiasem mówiąc, on byłby dla ciebie lepszy niż ja.Wiedziałabyś, co to spokojne życie.
Lekko się odwracam i spoglądając na niego spod wilgotnych rzęs, wpatruję się bez słowa w jego pociemniałe źrenice. Powoli puszcza moją rękę ale nie mogę się zmusić by zrobić choć krok. Nasze zmysły, wyostrzone ekstremalnie niebezpieczną sytuacją, przenikają się wyjątkowo głęboko. Nasze niewypowiedziane myśli toną w ciszy niezmąconej nocy, przed którą zasłaniają nas tylko nasze nadzieje, śmiech i sny. 
(..) 
M. D.


Podany tekst jest mojego autorstwa. Nie zezwalam na jego kopiowanie, rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie w celach komercyjnych bez mojej zgody. 

Polecany post

Coś, czego nikt nigdy Ci nie odbierze

http://mandywallace.com/writers-live-forever/ (....) Pisanie to harówka, a zarazem coś, czego nikt nie może Ci odebrać . ...